Wesołe jest życie staruszki... z ratlerkiem u boku
wtorek, 04 października 2011
Głosujcie na PO!

W sumie PO mogłaby wykorzystać poniższy filmik jako spot wyborczy:

My z Dziadziem postanowiliśmy spełnić swój obywatelski obowiązek i zagłosować przeciwko IV RP. Mimo sklerozy i niezażywania bilobilu z bilomagiem itp wciąż jeszcze pamiętamy, jak to było za rządów kaczystowskich.

czwartek, 22 września 2011
Opowiadanie z morałem?

Przygoda miała miejsce w szkole średniej babci Adelajdy, gdzie podczas lekcji języka rosyjskiego, został przeczytany tekst o niedopuszczalnym zdarzeniu na terenie elektrowni jądrowej. Opis dotyczył poszukiwań monety, która dostając się w niewłaściwe miejsce mogła doprowadzić do poważnej awarii. Do nieszczęścia nie doszło bo moneta się znalazła, lecz w ramach pracy domowej należało stworzyć inne zakończenie i napisać - co by było gdyby ...

Sens historii napisanej przez jednego z Kolegów, w wielkim skrócie wyglądał tak: robotnik tejże elektrowni po pracy wydał pieniądze kupując gazetę, po powrocie do domu pobił żonę i wyszedł do knajpy, a gdy z niej wracał został potrącony przez samochód.

Co to jest? zapytała Pani od rosyjskiego – opowiadanie z morałem - odpowiedział.

A gdzie morał? – jest: nie pij wódki bo najedzie na ciebie samochód.

Takie zakończenie historii z monetą opisujące patologię było mało kolorowe, wzbudziło złość nauczycielki lecz dzięki niemu Kolega wykazał cywilną odwagę i zyskał nasze uznanie.

21:20, babcia_adelajda , Złote myśli
Link Komentarze (1) »
środa, 07 września 2011
Pozory mylą

Przyjaciel czy wróg? Czyli opowiadanie o „kotecku” z morałem. Jak wiadomo koty chodzą własnymi drogami i do końca nie można im ufać, zwłaszcza gdy odwiedzają sąsiadów w niecnych celach. Oczywiście potrafią także być przymilne oraz wyjątkowo słodkie gdy mruczą swoją mruczankę.

Kotek o którym piszę to myśliwy, przebrany w skórę z baranka. Zaś opowiadanie poznałam dzięki rozmowie z zaprzyjaźnionym Dziadziem in spe.

Otóż gdy razu pewnego mały wróbelek spacerował polną drogą znalazł smaczne ziarenka. Tak się zajął konsumpcją, że nie zauważył krowy idącej w jego kierunku. Krowa zaś nawet nie zauważyła wróbelka załatwiając swoją potrzebę i w efekcie ptaszka przykrył „placek”. Sam nie mógł się wykaraskać z opresji więc bardzo się ucieszył widokiem kota, który zaoferował mu pomoc. Niestety kot przypomniał sobie o drzemiącej w nim naturze myśliwego, a że pewnie znudziły mu się mielone myszki z puszki zjadł coś świeżego.

Morał: nie wszyscy którzy obrzucają nas łajnem są naszymi wrogami i nie wszyscy którzy udzielają nam pomocy – przyjaciółmi.

14:34, babcia_adelajda , Złote myśli
Link Komentarze (2) »
wtorek, 21 czerwca 2011
Wojna z koteckiem

Generalnie Petronela lubi kotki, ale nie te srające u nas w ogródku. Nie było nas przez dobrych parę tygodni, a po powrocie pod bambusem zamiast ładnie kwitnącego krzaczka zastaliśmy kocią toaletę. Oj, gdybyśmy w tym momecie dorwali futrzaka skończyłby niechybnie jako dywanik pod łóżkiem! W najlepszym wypadku.

Na szczęście (własne) kotecek nie pokazał się nam na oczy. Cóż było robić? Zgarnęliśmy kocie dzieła i rozpoczęliśmy dokształcanie na kierunku "jak się pozbyć kota z ogródka". Z lektury przeróżnych forów wynika, że sposobów jest wiele, tyle, że większość nieskuteczna albo niemożliwa do zastosowania przez nas. No bo przecież nie kupimy sobie kota (ze srakami się nie komponuje) czy psa (wystarczy, że Wrzaskuna musimy na spacer wyprowadzać). 

Na początek wypróbowaliśmy proszek odstaszający koty. Wysypaliśmy solidnie zagrożony rejon i przez jakiś czas był spokój. A potem spadł deszcz... Odstraszać spłynął, a kotecek znów zostawił ślady swych odwiedzin.

W ogrodniczym zobaczyliśmy jakieś roślinki, ponoć wielce nielubiane przez psy i koty. Fakt - cuchnęły przeraźliwie. Specjalnie urodziwe też nie były. Ale co tam - w trójpaku nie kosztowały zbyt wiele, więc teraz rosną u nas w ogródku. Niestety, najlepiej działają w dni słoneczne, a ostatnio w Niderlandach padało...

Wyczytaliśmy, że jeśli kot nie może swoich dzieł zasypać, to ponoć zmienia teren. Kłujące badyle dodatkowo motywują kotecka do zmiany upodobań. No i w tej chwili mamy: kłujące gałęzie, śmierdzidła, świeżo posadzone rośliny okrywowe i drobną siatkę. Póki co kotecek od jakiegoś tygodnia omija nasz ogródek. No i oby tak dalej, bo Dziadzio zaczął czytać o płotach pod prądem....

sobota, 16 kwietnia 2011
I Ty możesz zostać artystą ...

... na emeryturze.

Kiedyś już pisaliśmy w futurniku, że sztuka nowoczesna jest właściwie dla każdego, tyle, że czasem trudno z tego wyżyć. No, chyba, że ma się talent (albo znajomego z talentem), który potrafi takowe dzieła opchnąć wmawiając klientom, jakaż to głęboka myśl się za nimi kryje.

Tym razem coś z innej beczki - dzieła bynajmniej nienowoczesne, których pewnie żaden współczesny "artysta" sztuką by nie nazwał, ale za to tworzone przez dziadków i to tego na żywo. Przyznam, że nam podobały się o wiele bardziej niż arcydzieła w Centrum Pompidou (z którego dobrych parę lat temu wyszliśmy z przekonaniem, że to strata czasu i pieniędzy).

Rzecz działa się w Keukenhof, gdzie w szklarni wśród storczyków siedziała sobie grupka dziadków i babć produkująca obrazki, serwetki i talerze z przeróżnymi motywami kwiatowymi. Wyroby można kupić na miejscu i to za całkiem przystępną cenę.

dziadki w Keukenhof

malowane przez babcię

dziadki w Keukenhof

No i powiedzcie sami, czyż nie jest to przyjemniejszy i pożyteczniejszy sposób spędzania czasu niż ganianie pod Pałac Prezydencki z drewnianym krucyfiksem?

sobota, 09 kwietnia 2011
Upierdliwa starość

Przeczytany niedawno artykuł o upierdliwcach natchął Petronelę do popełnienia niniejszego tekstu. Toż to jak nic temat futurnikowy – kolejne, stosunkowo tanie zajęcie na emeryturę. Człowiek całe życie psioczył na urzędy, więc teraz czas na rewanż.

W tekscie jest pare pomysłów, które Petroneli się spodobały np.:

  • Chodzenie do sądu z termosem i wałówką w celu czytania akt własnych - W ten sposób można pracowicie czas spędzić przy okazji czytania akt wyrzekając na opieszałość i stronniczość sądu.  To nic, że połowa z tego to nasze wypociny (rozliczne skargi i zażalenia na cokolwiek) – jak się ma sklerozę, to i niegdyś własnoręcznie napisany tekst czyta się jak nowy. Kto wie, może i jakiegoś dziadka dochodzącego przy okazji można poznać, żeby potem wspólnie na świat ponarzekać i paniom w sekretariacie życie „umilać”.  Rozrywka to przyjemna i tania – pod warunkiem jednakże, że wykaże się „atest ubóstwa” (cokolwiek to jest) i nie ma nic do zlicytowania poza złym ratlerkiem.
  • Zarząd Dróg Miejskich to kolejne potencjalne źródło rozrywki – wyrzekanie na jakość dróg to niejako standard, a pracownicy ZDM są przyzwyczajeni do wyrażanych przy tym obelg i wulgaryzmów, więc szkoda na to czasu.  Co innego wnioski – skoro taki wniosek o sprawdzenie, czy reklama X przy ulicy Y wisi zgodnie z prawem zmusza pracowników do wyjazdu w teren, to czemu im nie zapewnić trochę ruchu? Wszak ruch to zdrowie! A że reklam w okolicy sporo, to i okazji do „dobrych uczynków” niemało.
  • Skargi na policję to też świetny pomysł i w dodatku łatwy do realizacji, bo któż z nas nie widział psa sąsiada srającego na przyblokowy trawnik lub jakiegoś pijaczka olewającego bramę ciepłym sikiem. Dzięki naszej postawie obywatelskiej i natychmiastowej reakcji  (zgłoszeniu gdzie trzeba) będziemy mogli się przyczynić to rozwoju literatury polskiej  - to właśnie dzięki nam mogą powstać kolejne policyjne raporty, które czyta się potem z wielką przyjemnością.

Hmm, no to od czego by tu zacząć?

poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Zespół Diogenesa

Ostatnio zaprzyjaźniony Dziadzio in spe opowiedział ciekawą historię, przypominającą trochę bajkę o złotej rybce, a opisującą zdarzenie z czasów Aleksandra Macedońskiego. Otóż kiedy opalający się Diogenes z Synopy dostał propozycję od Aleksandra Wielkiego wyrażenia życzenia, powiedział aby Aleksander przesunął się nieco, bo zasłania mu słońce.

Ten słynny filozof żył w Atenach według głoszonych przez siebie zasad - wolności od dóbr materialnych i panujących norm społecznych, chodził w łachmanach, mieszkał w beczce i wierzył w całkowitą niezależność od otoczenia. Pomimo dziwacznych zachowań stał się jedną z najpopularniejszych postaci starożytności. Jego imieniem psycholodzy nazwali później zaburzenie osobowości, polegające na niekontrolowanym zbieractwie niepotrzebnych przedmiotów.

Trudno w tej historii nie zauważyć wielkości i próżności kontrastującej z niezwykłą skromnością. Niewątpliwie Aleksandrowi miło było usłyszeć, że jest na tyle Wielki, że może zasłonić komuś Słońce. Jednocześnie jedynie Wielki Filozof bardzo dogłębnie rozważający istotę bytu mógł zauważyć stosowną okazję do zaprezentowania swoich poglądów w sposób sprawiający komuś przyjemność.

18:59, babcia_adelajda , Złote myśli
Link Komentarze (2) »
środa, 30 marca 2011
Kaczor z wizytą

Jak poprzednio pisałam - dzień bez Kaczora dniem straconym! I to w każdym znaczeniu.

Ostatnio przychodzi do nas do ogródka para kaczek. Wrzaskun skarmia toto starym chlebem i bardzo mu się to podoba, jak "kwa-kwak" wcina. Kaczuchy zrobiły się na tyle bezczelne, że regularnie z rana i wieczorem na żebry przychodzą, a jak ich nikt nie zauważy, to i w szybkę potrafią zapukać.

W weekend kaczor wpadł z wizytą i do dosłownie.

kacza wizyta

kacza wizyta

Hmm, a może by go zaprosić na obiad? ;-)

Tagi: Kaczor
22:31, babcia_petronela , Sanatorium geriatryczne
Link Komentarze (9) »
środa, 23 marca 2011
Dzień bez Kaczora dniem straconym

Najwyraźniej dziennikarze uważają, że dzień bez JarKacza dniem straconym jest, bo każde, nawet najmniejsze kwaknięcie relacjonują obszernie. Choćby takie pierdoły, jak zakupy prezia w spożywczaku (zapewne pierwszy raz w życiu), gdzie przepłacił za cukier i nie tylko. Konta i karty do niego pewnie nadal się nie dorobił, bo gotówką płacił. Na koniec kwaknął coś o biedakach i Biedronce, a to kwaknięcie odbija się czkawką do dziś i stanowi kolejny news dnia warty publikacji na pierwszej stronie.

Drodzy dziennikarze: po kiego .... o tych wszystkich bzdetach piszecie? Zróbcie dobry uczynek i przestańcie pisać o tym małym, żałosnym, rzygającym nienawiścią człowieczku, bo już przy otwarciu gazety i przeczytaniu nagłówków zbiera mi się na wymioty.

 

A teraz z innej beczki: u nas w domu też dziś był kaczor. Na kolację. Taki pieczony, całkiem smaczny, bo na wiejskim podwórku hodowany. I tylko Wrzaskun odmówił spożycia, bo "nie lubi kwa-kwak, niedobre, ble!".

czwartek, 17 marca 2011
Uzalężnienie od endorfin

Podczas tegorocznej walki z osteoporozą na stoku narciarskim miałam czas na dokonanie wielu ciekawych obserwacji. Oczywiście odbyło się to kosztem czasu, który mogłam przeznaczyć na szusowanie, ale cóż - nie samymi zjazdami człowiek żyje. Zwłaszcza gdy góra jest już dobrze znana i nie trzeba się martwić tym co się wyłoni zza zakrętu.

Endorfiny przez encyklopedię definiowane jako związki chemiczne mające zdolność wywoływania stanów euforycznych, które znoszą uczucie bólu i wprawiają w błogostan są produkowane przez ludzki organizm np. podczas wysiłku fizycznego. W błogostan podczas swojej jazdy na nartach może się nie wprawiłam, chociaż bardzo lubię aktywny wypoczynek, ale po wynikach obserwacji zgadzam się z tym stwierdzeniem. Bo jak inaczej wytłumaczyć np. wchodzenie "pod prąd" na górkę w nartach zjazdowych zaopatrzonych w foczki i specjalne wiązania? W zadziwienie wprawiali mnie też doświadczeni narciarze, Dziadkowie i to wcale nie in spe, którzy codziennie przez 4 h zjeżdżali z dużą szybkością - doskonaląc perfekcję jazdy. Łatwo się było zaprzyjaźnić z Nimi podczas jazdy wyciągiem w górę, ale już trudno odpowiedzieć na pozdrowienie gdy zjeżdżali w dół.

Stąd moja refleksja, jak już w życiu od czegoś musimy się uzależnić, to może niechaj to będą endorfiny wywoływane ćwiczeniami na świeżym powietrzu :)

Serdecznie pozdrawiam

09:54, babcia_adelajda , Złote myśli
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30